IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Dom Aarona

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 15
Dołączył/a : 05/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Dom Aarona   09.05.16 1:45


Mój dom został wybudowany w architekturze, którą w innych częściach świata można by nazwać – „stylem rzemieślniczym”. Przylega frontalnie do jednej z głównych dróg Hargeon przebiegającej przez dzielnicę kupców. Na moje szczęście, nie jest to jednak ścisłe centrum i mogę sobie pozwolić na odrobinę zieleni na terenie mojej posesji.
Dom składa się z dwóch części – nieużywanych przeze mnie do tej pory stajnio-garaży oraz dwukondygnacyjnej partii mieszkalnej. Wchodząc do niego, po prawej stronie ujrzymy duży salon z drzwiami balkonowymi prowadzącymi na frontalny, zamknięty taras. W samym pomieszczeniu znajdziemy zaś zwyczajne meble służące codziennym zadaniom. To, nieco staroświecką sofę z identycznym stylistycznie fotelem w komplecie. To niski, duży stolik do herbaty. Na prawej ścianie zaś dwie rozbudowane komody – niższą, z alkoholem, oraz wyższą, wypełnioną najróżniejszymi książkami.
Należałoby nadmienić, że podłoga w całym domu wykonana jest z przepięknego, orzechowego drewna – nieco podniszczonego, nadającego tym samym domu magicznego, tajemniczego charakteru. Jeśli zaś idzie o kolorystykę, jest ona utrzymana w ciepłych tonacjach, od beżu do brązu – z nielicznymi wyjątkami.
Stojąc przy drzwiach frontowych, nie znajdziemy się jednak w korytarzu, a w części większego pokoju dziennego, w którym zazwyczaj przebywam. Znajdują się tutaj najróżniejsze sprzęty domowego użytku – fortepian, ciężkie biurko za którym znajdziemy długi i wysoki, wypełniony do granic niemożliwości książkami regał. Zaś gdy spojrzymy w głąb domu – ujrzymy półotwartą kuchnię, przylegającą do ściany oddzielającej pokój dzienny od salonu.
Na tyle pomieszczenia znajdziemy kątowe schody prowadzące na drugie piętro – znajdują się tam dwa pokoje mieszkalne, garderoba oraz łazienka obecnie jeden tychże pokoi przerobiłem na gabinet, który jest jednym wielkim regałem na książki, z wygodnymi miejscami do czytania przy oknach. Na zagospodarowanie reszty przestrzeni jednak nie miałem pomysłu, gdyż jako osoba samotna, za bardzo nie miałem się jak podziać w tym domu, który bądź co bądź kupiłem za wszystko co miałem.

- - - - -


Powroty do domu zawsze były dla mnie trudne. No… to mamy drugi powód moich ciągłych spacerów po mieście. Tam, na ulicy – w dokach, parku czy też na rynku… tam zawsze ktoś jest. Ktoś do kogo można otworzyć usta i porozmawiać o rzeczach błahych, nieistotnych. No bo w końcu tym człowiek żyje prawda? Nawet nephilim posiada takie potrzeby – jakby nie patrzeć Maslow był bardzo mądrym człowiekiem i potrzebę przynależności umieścił jako jedną z najważniejszych po bezpieczeństwie.
Tym razem jednak nie miałem się czym martwić, miałem gościa. I to gościa, którego tak długo nie widziałem. Możecie próbować sobie wyobrazić, jak to jest po tylu miesiącach samotności i zdawkowych, płytkich rozmów z ludźmi, których możemy co najwyżej nazwać znajomymi… jak to jest zobaczyć znajomą twarz. Dobra, może trochę przesadzam z tą znajomą twarzą, Galahad ani trochę nie wygląda znajomo. Za to jego zachowanie, przeciwnie, zmianie nie uległo.
Otworzyłem drzwi i stojąc w progu zaprosiłem gościa gestem. Byłem przemoczony do suchej nitki.
- Mam nadzieję, że mi pan wybaczy – pójdę się przebrać w coś bardziej… suchego – zaśmiałem się zamykając drzwi za Galahadem. – Proszę, rozgość się. – Wskazałem dłonią na salon, w szczególności na barek wypełniony wszelkiego rodzaju alkoholami, w tym cydrem i miodem pitnym, do których miałem szczególne upodobanie.
Zrzuciłem z siebie buty, jeden o drugi, oraz rozpiąłem mokrą koszulę i ściągnąłem ją z siebie, zostając w samych spodniach. Mokre ubranie rzuciłem na blat w kuchni i skierowałem w stronę schodów.
- Uświadczyłbym pana czymś do przebrania, ale nie jestem pewien czy znajdę cokolwiek w pańskim rozmiarze – rzuciłem wchodząc na górę. Sam cholera miałem mało rzeczy w swoim rozmiarze… Mało kto może sobie wyobrazić to co przeżyłem kilka miesięcy temu, jakby ktoś nagle uciął mi stopy – straciłem ot koło czterech cali wzrostu. Nie będę przybliżał okoliczności tego wydarzenia – Galahad zapewne będzie chciał o tym posłuchać, gdy tylko przestaniemy grać w tą durną grę „zgadnij kim jestem”,
Przebranie zajęło mi niecałe dwie minuty, zrzuciłem z siebie wszystko co mokre i wrzuciłem do kosza na pranie. Ubrałem na szybko jakąś czystą bieliznę i moje ulubione, czarne spodnie z szelkami i koszulę w tym samym kolorze. Odwiedziłem jeszcze łazienkę, by wytrzeć włosy w suchy ręcznik, po czym zszedłem na dół i rozsiadłem się w salonie uprzednio biorąc z barku szklankę, którą wypełniłem do połowy cydrem.
- Mogę czymś uraczyć? – zapytałem nim rozwaliłem się na sofie, Galahad mógł rozsiąść się drugiej. Siedziałem chwilę w milczeniu, pozwalając gościowi na zaklimatyzowanie się i ewentualne prośby. Wyciągnąłem z kieszeni jeden z tysiąca walających się po całym domu rzemieni i związałem włosy, gdyż jeszcze wilgotne bardzo mnie denerwowały przylegając do twarzy.
Naprawdę zabawnie się grało – powiedziałem cicho z poważną miną po czym uśmiechnąłem się półgębkiem, upijając trochę ze szklanki. Spod stolika wyciągnąłem paczkę papierosów i mosiężną popielniczkę. Włożyłem jednego do ust i odpaliłem go, naświetlając końcówkę. Tak… ta charakterystyczna łuna. Zastanawiam się kiedy szczena mu opadnie. Chociaż w sumie skąd mógłby wiedzieć, że „ja” to „ja”. W końcu język człowieka i jego myślenie, podlega zasadzie jakości – lub też inaczej – zasadzie domniemania prawdy, czyli sam fakt, że przedstawiłem się jako Jamie Brown powinien być odczytany jako aksjomat w kontaktach interpersonalnych. No ja niegrzeczny. – Niech pan nie będzie zły o tą małą gierkę z panną Darią. Od razu wyczułem pańskie intencje i chciałem przeprowadzić pewną rozgrywkę.p. – Zamieszałem swoim cydrem i pociągnąłem jednego bucha papierosa. – Szkoda, że się rozpadało. A mogło być tak fajnie… – westchnąłem na pozór rozczarowany.  – To co panie Galahad? Widać, że za panem długa droga. – Spojrzałem za okno, deszcz równo zacinał i raczej nie zanosiło się, ażeby w najbliższym czasie pogoda miała ulec poprawie. – Chyba mamy wystarczająco dużo czasu, żeby opowiedział pan jedną ze swoich historii… – spojrzałem na niego znacząco i utrzymałem to spojrzenie przez chwilę, po czym zaśmiałem się rozładowująco. – Chociaż nie sądzę by pańska „opowieść” była przeznaczona dla mnie, o co zresztą mam wyrzutów – dodałem po krótkiej chwili. Po tym skupiłem swój wzrok na szklance i podziwiałem złocistą barwę trunku – słuchając co gość ma do powiedzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1817-aaron-irvine


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 28
Dołączył/a : 04/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   09.05.16 22:24

Nie ma co, ten dzień zapowiadał się tak dobrze, a skończył jak zwykle. Przejechał się na wozie spotkanego podróżnika aż pod sam park przy miasteczku, znalazł sobie cel na dzisiejsze popołudnie i wtedy uderzył piorun. Pojawił się jakiś gość, co ewidentnie chciał mu uprzykrzyć życie. Nie tylko wtrącił się w jego przedstawienie. Wręcz do niego zarywał! Niedoczekanie jego. Dlatego Galahad szedł teraz ulicami Hargeon, w deszczu, w towarzystwie jakiegoś mężczyzny, na którego był wkurzony. Jedyne, co go przy nim w tej chwili trzymało to chęć odpłacenia mu za jego wyczyn. Jeszcze się do niego nasłucha, o tak. Zaraz po tym, jak wysuszy mu barek. Przez całą drogę właściwie się do siebie nie odzywali, a on szedł wyraźnie wkurzony. Dopiero kiedy zobaczył jego dom na chwilę przystanął. Nie ma co, musiał mieć trochę na boku odłożone by kupić sobie taką miejscówkę w tej dzielnicy. Może handlował tą swoją biblioteką? Diabli go wiedzą...
Za namową gospodarza przekroczył próg. Wystrój też niczego sobie. Bogactwo nie biło w oczy, ale miało to pewną klasę. Deszcz nie ostudził jego gniewu. Wręcz przeciwnie. Wiecie, jak to jest. – Nie przyszedłem po nic innego, jak się rozgościć. I na miłość wszystkich bogów, przestań się do mnie wdzięczyć chłopie. Moje dzwony nie biją w tym kościele! – odparł wyraźnie poirytowany jego postawą. Rozumiał, że czuje się jak u siebie. Jest gospodarzem, aczkolwiek ma gościa, a wątpił, czy przed każdym się tak obnaża. Po kręgosłupie przeszły mu ciarki, bo jeden gość kiedyś już czegoś takiego w stosunku do niego próbował. Wręcz identycznie... – Nie, to zbieg okoliczności. – pomyślał, a nie omieszkał dodać czegoś od siebie. – Poza tym to w ogóle działa na kogokolwiek? To już jest passe. Nawet ja się przy tej całej Darii nie rozebrałem od razu, a znalazłbym pretekst, uwierz mi. A wyglądam trochę lepiej. – odburknął jeszcze na koniec, kiedy tamten wspinał się po schodach na górę. On sam ściągnął buty, płaszcz, miecz. Strzepał to drugie, by zaraz powiesić na wieszaku, a broń postawić obok niego. Na szczęście koszula pozostała sucha. Jedyne, co miał mokre, to włosy oraz lekko wilgotne spodnie. Westchnął trochę zrezygnowany, kiedy ujrzał te mokre ciuchy na blacie kuchennym. – Gościu... Tutaj się je. Bez przesady. Mogłeś je chociaż wziąć ze sobą na górę. – westchnął, trochę zrezygnowany. W końcu dotarł do barku. Oczywiście szybko znalazł, coś, co przypadnie mu do gustu. Był to miód pitny. Na samym przedzie. Znaczy, że gospodarz sam go często popijał. Złapał za szklankę, od razu napełniając ją do połowy.
Zanim Jamie wrócił, on już rozsiadł się wygodnie na kanapie mającej widok na drzwi wejściowe. Teraz gość wyglądał, jak człowiek. Przede wszystkim ubrany! Dzięki wszystkim bóstwom! Przynajmniej na polu alkoholu się rozumieli, gdyż i on sobie czegoś nalał. – Tak, mógłbyś mnie uraczyć ręcznikiem, bo z włosów to aż mi kapie. – odpowiedział, sięgając do jednego z kosmyków, praktycznie wyciskając z niego wodę, która od razu wsiąkała w koszulę. Spojrzał na mężczyznę przez chwilę oceniającym wzrokiem, po czym zapiął swoją koszulę. Tak, żeby go nie kusiło. Może to on wysyłał jakieś sprzeczne sygnały, ale nie wydawało mu się. Na komentarz o dziewczynie tylko spojrzał gniewnie. – Grało? Wiem, że niektórzy nazywają to grą, ale żaden z nas nawet nie zdobył nagrody. Poza tym męski honor wymaga, żeby nie wcinać się innemu mężczyźnie podczas łowów. Chyba, że wyjątkowo Ci na tej zwierzynie zależy, aczkolwiek Tobie... Na pewno nie zależało. – odparł z pewnym wyrzutem. Oskarżenia były bardzo poważne, aczkolwiek oskarżony miał zupełnie inny plan. Spokojnie wyciągnął papierosa z pudełka, ale żadnej zapalniczki. Galahad wyczuł, co się zaraz stanie. Uniósł nawet brew, przyglądając się, jak końcówka naświetla się, by w końcu się zapalić. Już to kiedyś widział. Spojrzał na Jamiego jeszcze raz, jakby w innym świetle. Z czymś go porównywał. Miał już swoją odpowiedź.
- Wiedziałem, że coś tutaj nie gra! – aż zerwał się z wrażenia na równe nogi, wcześniej odstawiając szklankę na stół. – Gówno prawda, żaden z Ciebie fan Alenhada! Jesteś Aaron! Teraz pamiętam, tej magii nie pomyliłbym z nikim innym. Więc, co? Mścisz się za Patricię? Tak, podebrałem Ci ją wtedy, kiedy świętowaliśmy ukończenie misji. Z tego, co pamiętam nasz wynik wynosił 3 do 2 dla mnie. I nie myśl, że teraz mamy remis! Liczymy od ósemki wzwyż. Takie były zasady! Jak mogłem być tak ślepy! Kto inny byłby mi w stanie podebrać dziewczynę. Gaaaah! – opadł z hukiem na fotel. Jednak trochę ważył. Ujął szklankę w dłoń. Drugą przesunął po twarzy, lekko ją rozciągając. – Zmieniłeś się. Zgubiłeś gdzieś skrzydełka. – odparł dość spokojnie, kontrastując z jego wcześniejszym wybuchem. Nie to, żeby on sam nie wyglądał zupełnie inaczej. Pociągnął kilka łyków, by zaraz się roześmiać. – Ale przyznasz, że wtedy z Patricią to wykręciłem niezły numer... Kapłanka miała przed sobą anioła, a do łoża wybrała demona. Sam nie wiem, jak to zrobiłem. – nadal był rozbawiony całą sytuacją, trochę się podśmiechując, kiedy popijał swoją dawkę alkoholu. Zdziwił się kiedy Aaron nadal zwracał się do niego per pan.
- Już przestań z tym panem. Zawsze byłeś grzeczny i dobrze wychowany, ale nie aż tak. A weź sobie tę Darię. Na mnie w domu czeka solidna dziewiątka. Przynajmniej tak sądzę... – zamyślił się na chwilę, mieszając swoim miodem pitnym w szklance. –No właśnie... Czy nadal czeka? Minął taki szmat czasu. – zaraz powrócił do świata realnego zapytany o historię. Spojrzał za okno. Rzeczywiście. Nie zapowiadało się, by deszcz miał przestać w najbliższym czasie. – Najwyraźniej ocean postanowił mnie przywitać tym, czym potrafił najlepiej, czyli sztormem. Zawsze tak było. I o co masz znów wyrzuty? Jakoś w obozach nigdy nie przepadałeś, kiedy się wywodziłem przy ognisku. – teraz już pospolicie się rozłożył, zarzucając nogi na kanapę. W obecności starego znajomego czuł się o wiele bardziej „swojo”.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1816-galahad


avatar
Mistrz Gry


Liczba postów : 1643
Dołączył/a : 10/11/2014

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   10.05.16 18:07

Pogoda pod psem, można by rzec. Lało jak z cebra i do tego jeszcze robiło się coraz bardziej szaro. Jakby już od ponad pół godziny nie było szaro. Krople uderzające o szybę nie rozpraszały ich, obaj panowie kontynuowali rozmowę. Ważne, że byli w domku, czyż nie? Tam, gdzie jest sucho, gdzie można się napić doskonałego trunku, choć niekoniecznie domowej roboty. Bo któż może to wiedzieć? Chyba tylko Aaron. O jedno prawdopodobnie, albo raczej i na pewno zapytacie: skoro panuje taka sielanka, to po co tutaj jest Mistrz Gry? Czyżby coś przeskrobali? Nie, to chyba nie to. Chyba, że za przeskrobanie można uznać zarywanie ze strony Aarona. Ale czy to na pewno jest zarywanie? No, Evrain stwierdził, że się wdzięczy. Rozpatrzmy inny przypadek. Mistrz Gry mógłby zwiastować przybycie legendarnej już Acnologii. Jakby tak wyjrzeć przez okno to rzeczywiście jest szaro, ale ciężko jest ujrzeć na niebie smoka o łuskach czarnych i gładkich jak pupa niemowlęcia. Bez rasizmu.
Cóż... mieszkanie Irvine'a leżało niedaleko dzielnicy kupców jeśli nie bezpośrednio na niej. I coś było stamtąd, z zewnątrz słychać. Były to krzyki ludzi, łopotanie skrzydełkami przez jakieś małe ptaszki. Chmarę ptaszków. Ale czy to odwiedzie ich od rozmowy? Przecież może ktoś po prostu rozrzucił karmę po ulicy i ptaki tak zachłanne zignorowały w ogóle deszcz i zaczęły się nią pożywiać? Chwila moment, w deszczu ktoś rozrzuca chleb?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 15
Dołączył/a : 05/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   10.05.16 20:01


- Wiedziałem, że coś tutaj nie gra! – krzyknął mój gość zrywając się na równe nogi. Ach jak ja lubiłem te wybuchy Galahada. – Gówno prawda, żaden z Ciebie fan Alenhada! Jesteś Aaron! – Brawo, przyklasnąłem mu cicho trzy razy. – Teraz pamiętam, tej magii nie pomyliłbym z nikim innym. Więc, co? Mścisz się za Patricię? – Kogo? – Tak, podebrałem Ci ją wtedy, kiedy świętowaliśmy ukończenie misji. – Ach tej. Tricia, młoda, dziewicza kapłanka. Szkoda, że zasmakowała i mnie i jego, tylko chyba biedak nie miał o tym pojęcia. No dobra, on był pierwszy… tylko nie w takiej konfiguracji jak ja. Na mojej twarzy w tym momencie pojawił się rozmarzony uśmieszek związany ze wspomnieniem o tamtych czasach. -Z tego, co pamiętam nasz wynik wynosił 3 do 2 dla mnie. I nie myśl, że teraz mamy remis! – Na moją matkę, jeszcze mu nie przeszła ta durna zabawa? Nigdy z nim w niczym nie konkurowałem… - Liczymy od ósemki wzwyż. Takie były zasady! Jak mogłem być tak ślepy! Kto inny byłby mi w stanie podebrać dziewczynę. Gaaaah – Opadł w końcu na fotel. Gruchnęło jakby miał się pod nim zarwać, aż zmarszczyłem brwi z dezaprobatą.
Ale na to właśnie czekałem. Nie sadziłem, że z taką łatwością odgadnie, że ma przed sobą nikogo innego, jak swojego niedawnego kompana. Może rzeczywiście moje zmiany morfologiczne nie są wystarczającym kamuflażem, a może rzeczywiście Genesis jest tak bardzo unikatowe, że równie dobrze mogłoby być moją wizytówką. Nie powiem.... Wzmianka o utraconych skrzydłach w ustach Galahada brzmiała podwójnie przygnębiająco, do tego stopnia, że na mojej twarzy przez chwilę mógł pojawić się grymas odczytywalny swego rodzaju… ból? Nie. To bardziej rozgoryczenie – w końcu nie utraciłem ich przypadkowo, to był mój osobisty wybór… może kosztował mnie trochę więcej niźli podejrzewałem w momencie podejmowania tej decyzji, ale nadal nie czuję wyrzutów sumienia.
Wracając jednak do mojego przyjaciela. No patrzcie państwo, na wspominki mu się zebrało i to jeszcze w kwestiach, w których od zawsze sądził, że konkurujemy… No dobra, nawet jeśli konkurowaliśmy to tak jak wspominałem wcześniej, mieliśmy dwa różne cele. Moim była sama gra, jego… coś więcej – ale tutaj chyba nie muszę rozwijać.
- Do łoża mówisz… – zaśmiałem się pod nosem. Przechyliłem szklankę i wstałem, by nalać sobie kolejną porcję cydru. Tricia zawsze była napalona, czy to w mojej czy jego obecności. Ale co tutaj się dziwić, uroki celibatu. – Ona zwyczajnie chciała zaliczyć tego jak najwięcej zanim wróci do swojej codzienności, bądź co bądź daliśmy jej wtedy chwilę wytchnienia od codziennych modlitw, right? – Spojrzałem na niego dając mu do zrozumienia, że nie wiedział wszystkiego o Pat. – Zresztą wcale nie była taka znów dobra w te klocki… na pewno gorsza od Clausa. Pamiętasz Clausa? – zapytałem. Na pewno go pamiętał, był chyba jego rówieśnikiem – młody kapłan – późno wszedł w szeregi duchowieństwa, rodzony brat rzeczonej Patricii, świeżutko po skończonym nowicjacie. On to dopiero widział we mnie anioła. – Tacy są najbardziej rozbestwieni. Posiedzi toto w klasztorze przez cały nowicjat, a potem jak tylko wyjdzie na drogę to się puszcza na lewo i prawo. Lub w naszym przypadku… do góry – zarechotałem tak obleśnie, że nawet mnie się niedobrze zrobiło. Tutaj można się domyślić co w tej sferze można wyczyniać posiadając skrzydła…
- Ale dość o mnie, co u ciebie? – Naprawdę byłem tym żywo zainteresowany. O ile moja zmiana była dość wytłumaczalna, chociaż wolałbym nie podawać szczegółów tego zjawiska. - Ej… zaraz, zaraz… Co ty miałeś na myśli? Jakiego demona? – zapytałem nagle. Właśnie, jakiego znów demona? Bo chyba nie demona seksu miał na myśli. Dobra, Tricia coś tam wspominała… nie tylko Tricia… inne też… ale z tego co wiem preferujemy różne hmm… standardy. Ot! Standardy!
Wzmiankę o „panie” puściłem mimo uszu. Chciałem w końcu nadal grać w tą gierkę, ale już samym wspomnieniem o Tricii wyrwał mnie z mojej aktorskiej postawy i bądź co bądź straciłem swój rezon.
- Najwyraźniej ocean postanowił mnie przywitać tym, czym potrafił najlepiej, czyli sztormem. Zawsze tak było. I o co masz znów wyrzuty? Jakoś w obozach nigdy nie przepadałeś, kiedy się wywodziłem przy ognisku. – Nie zrozumiał mnie... To takie nieśmieszne. Mistrz podrywu, istny macho. Mógłby mieć wszystkie, a w kontekście aluzyjnego flirtu – zero umiejętności. Przynajmniej w rozumieniu tych subtelnych sygnałów.
W tym czasie wśród dźwięku dzwoniącego o szyby deszczu dało się usłyszeć także coś innego, jakby cichy, świergocący szmer. Jednak nie przejąłem się nim, ot na chwilę moje procesy uwagowe zmieniło obiekt zainteresowania z Galahada na tenże dźwięk, jednakże zważywszy na rozbieżność kanałów sensorycznych, szybko wróciły do koncentracji na bodźcu jakim był mój rozmówca.
- Słyszysz? – zapytałem, gdy dźwięk nasilił się na tyle by odciągnąć moją uwagę. Zmarszczyłem brwi i zamknąłem oczy, żeby posłuchać skąd nadbiega. – To? To… ptaki? – Nie brzmiało jak mewy, wstałem i podszedłem do łuku pomiędzy salonem, a pokojem dziennym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1817-aaron-irvine


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 28
Dołączył/a : 04/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   10.05.16 21:48

Kiedy gruchnął tak na jego sofę spotkał się z dezaprobatą. Tylko zbył go machnięciem dłonią. W końcu nie takie rzeczy pod sobą łamał albo nim łamano. Ten mebelek wyglądał dość solidnie, dlatego nie obawiał się, że go złamie. A jakby złamał, to by zapłacił. Trudno. Raz się żyje. Nie miał zamiaru się oszczędzać, tym bardziej, że właśnie ujawnił jego prawdziwą tożsamość. – Kto by, cholera, pomyślał, że spotkam akurat jego w tym mieście. Na szlaku raczej stronił od otwartej wody. Za duże wiatry, czy coś. Może się bał zmoczyć piórka. Fufu... – popatrzył na niego przez chwilę rozbawiony, ale on nie mógł wiedzieć, o co chodzi. Oczywiście Galahad nie byłby sobą, gdyby nie był tak bezpośredni. Zauważył pewną goryczkę zachowaniu Aarona, aczkolwiek nie był typem, co zaraz zerwie się z krzesła i przytuli go do swojej piersi. Nie. Tym bardziej, że gość ewidentnie, już wtedy, dzwonił w obu kościołach. Białowłosy był pewien swojej przynależności, a wolał nie dawać dwojakich sygnałów. Pewnie nie stracił ich przez przypadek, a swój własny wybór. Pewnie jeszcze kiedyś coś sobie o tym opowiedzą. Najważniejsze, że nie stracił mocy. Przynajmniej tak sądził. Nawet sobie nie wyobrażał jakim szokiem byłaby dla niego taka przypadłość. Chyba by się biedak zwalił z nóg, upadając na głowę. Dla Galahada, który dopiero przyzwyczajał się do swoich umiejętności nie byłoby to tak wielką stratą. Lata radził sobie bez tego, to i resztę życia by się obszedł.
- No wiesz co... Żeby teraz umniejszać moim zasługom. To poniżej Twojej godności. Ja wiem, że celibat, ale naprawdę nie każda kapłanka, jaką spotkałem była taka chętna. Zwłaszcza, kiedy ma się przed sobą anioła. To jednak jej wiara, nie? Wyobraź sobie jak bardzo musiała chcieć zrobić to z Tobą, ale mimo wszystko wybrała mnie. - z uroczym wręcz uśmiechem patrzył na swojego rozmówcę. Był taki, cholernie z siebie dumny. Naprawdę. Teraz przywrócić go do rzeczywistości, to jak zwędzić dziecku lizaka. Niby słodycz masz, ale wyrzuty sumienia powinny pozostać. Aaron, jednak był bezlitosny. Do Galahada, jakby nagle to dotarło, chociaż wspomniał już o tym wcześniej. – Czekaj... Czyli wy też...? Cholera, co za ladacznica z tej kapłanki! – dopił resztę swojego trunku, gniewnie odstawiając szklankę na stół. – To nadal moje zwycięstwo. Rzeczywiście była w tym kiepska, dobrze, że ja jestem dobry, ale czego innego spodziewać się po dziewczynie z celibatu, co? I tak, pamiętam Clausa. To był chyba jej brat, nie? Zawsze się gdzieś tam pałętał pod nogami. Ze trzy razy prawie obciąłem mu ucho, a dwa głowę. Będę wdzięczny, jeśli oszczędzisz mi szczegółów. – spojrzał na niego trochę rozbawiony, bo właśnie sobie przypomniał tamte walki. Cała drużyna była dla niego większym zagrożeniem niż przeciwnik. No, może prócz Aarona. Ten sobie radził. Wstał, by dolać sobie alkoholu, aczkolwiek zaraz przystanął na jego następne słowa. –Przecież prosiłem... – przewrócił oczami, by w końcu dotrzeć do barku, gdzie szybko znalazł odpowiednią butelkę.
- Co u mnie...? Hmm... Stare śmieci. Nadal zajmuję się „poszukiwaniem przygód”, przyjmuję mniejsze, bądź większe zlecenia, chociaż trochę się tym znudziłem ostatnimi czasy. Ile razy można tępić jakieś wilkołaki, czy harpie, prawda? – dolał sobie do pełna, opierając się o mebel po tym, jak odstawił butelkę na miejsce. –Dlatego chwilowo sobie odpocznę. Może potłumaczę jakieś starożytne pisma za dobrą cenę. Czasami trzeba coś w życiu zmienić. – dziwne, że nie zainteresowała go ta dziewiątka, o której wcześniej wspominał, ale może jest akurat w fazie, gdzie woli młodych kapłanów, co to na szlaku dają na lewo i prawo. Aż mu gula w gardle podskoczyła na samą myśl, dlatego szybko to zapił, wracając na miejsce.
- Hehe... W łóżku wychodzi ze mnie coś innego. Poza tym wiesz, że w porównaniu do Ciebie to ze mnie demon jest. Za paskiem mam już tyle nacięć, że to chyba Twój święty obowiązek usunąć mnie z tego świata. – zaśmiał się, ale był czujny na ewentualny atak z zaskoczenia. Prawda, znali się, aczkolwiek nie na tyle, żeby od razu nazywać się najlepszymi przyjaciółmi. A tym świętym jebliwym, to nigdy nie wiadomo, co do łba strzeli. Prawie pożałował, że zostawił swój oręż przy drzwiach. Chociaż z drugiej strony... Czy on też nie miał swojej przeszłości, za którą mógł być poszukiwany? Kto wie. Pewnie nie siedzi sobie tutaj bez powodu. Hargeon jest ładnym miastem, ale nie aż tak ładnym.
Ich miłym pogawędkom coś przeszkodziło. Pierwszy odniósł się do tego Aaron, aczkolwiek Galahad miał być pierwszym by zareagować. Na ulicy dało się usłyszeć jakieś krzyki oraz trzepotanie ptasich skrzydeł. Całej chmary wręcz. – Słyszę, słyszę. Może jakiś wóz się wywrócił. Trzeba pomóc kupcowi zebrać towar. Fufu... – na jego twarz wszedł parszywy uśmieszek. Już zacierał dłonie. W końcu upił jeszcze ze dwa łyki, wstał i skierował swoje kroki do okna. Na szczęście miał tam jedno na ulicę. Może i zgrywał beztroskiego, ale nie był tutaj pierwszy raz. Przy takiej ulewie ptaki nie latają, chyba, że absolutnie muszą. Nawet wtedy nie całymi kluczami, a tak mogło się wydawać. Dlatego białowłosy starał się być ostrożny, ale do okna podszedł jakby nigdy nic, wyglądając na ulicę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1816-galahad


avatar
Mistrz Gry


Liczba postów : 1643
Dołączył/a : 10/11/2014

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   13.05.16 10:53

Dzielni panowie kontynuowali swą historię dialogów i niedługich monologów. Zdecydowanie krótszych niż wypowiedź perfekcyjnego humanisty na maturze ustnej z polskiego. Chociaż czy aby na pewno tyle? Naprawdę dobra wypowiedź potrafi trwać nawet trzy minuty i otrzymać pełną pulę za to, że poruszył wszystkie dane kwestie. Zależy też, jaki był to temat wypowiedzi. Bo można dostać coś banalnie prostego jak "rola książek w życiu" i przejechać się na tyle, że wydaje się to absurdalne, można dostać coś mega trudnego jak świat w teatrze i ledwo zdać, można też dostać kreowanie postaci przez sposób wypowiedzi i otrzymać pełną pulę punktów. Wcale nie podsumowałam ostatnich dwóch dni.
Wracając do sytuacji: rozmawiali na jedynie sobie znany temat, tworząc istne retrospekcje rodem z Fineasza i Ferba. No dobra, bez przesadyzmu, bo aż tak szczegółowe one nie były. Retrospekcje te przerwał Mistrz Gry niczym Pepe Pan Dziobak przez rzut głupotą... to znaczy ptakiem. Nie takim ptakiem! Nie zrozumcie mnie źle! W sumie to te dwie rzeczy się łączą... ale nie jesteśmy na lekcji filozofii tylko na lekcji poprawnego pisania postów. Mistrz Gry otrzymał właśnie ocenę niedostateczną bo wtrąca zbyt dużo swoich myśli do treści wypowiedzi.
Chodziło mi o to, że kiedy Aaron wstał aby zyskać widok przez okno, jakiś gołąb wleciał w szybę. Nie był to zwykły dachowy obsraniec, który siadał sobie na krawędzi dachu, kuper nastawiał i srał na głowy zwykłych, niczego nie spodziewających się ludzi. Nie. Ten był zrobiony z czystej energii, wyglądał na zarys zupełnie tak, jakby malunek z płótna ożył. Niebieskie stworzonko jednak rozproszyło się po głośnym stuknięciu w szybę. Zmieniło się w energię. Czyste eternano.
Dalej, w mieście widać było to zamieszanie. I nie, nie uczestniczył w nim kupiec ze swoją karawaną wypełnioną mnóstwem dobroci. Widać było zakapturzonych - ze względu na pogodę - ludzi. Kobiety, mężczyźni, dzieci uciekali przed dziobiącymi ich ptaszkami. Wszystkie były takie same jak ten, który uderzył przed moment w szybę. A propos tejże: była cała więc Aaron nie musiał martwić się o szklarza. Stworzonek była chyba setka, chociaż nie dało się zliczyć bo kolejne uciekały za swoimi upatrzonymi celami w różne uliczki, jednocześnie umykają przed wzrokiem panów. Grupka około dziesięciu już zmierzała w stronę drzwi, jednak te... zniknęły zanim doleciały do drzwi zapewne, bo nie było słychać żadnego uderzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 28
Dołączył/a : 04/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   18.05.16 20:08

Galahad, jak to Galahad. Nic sobie nie robiąc podszedł do okna by wyjrzeć, co też takiego specjalnego dzieje się na ulicy, że ludzie tak drą te japy. Na pewno był szybszy od tego czegoś, co uderzyło w szybę, ale odruchowo odchylił się w lewo. Dopiero po chwili stanął na nowo przy otwarciu na świat. Tu i ówdzie unosiły się jeszcze resztki energii, z której owe zwierze było stworzone. W pierwszym momencie oczekiwał, że zobaczy albo flaczki albo martwe ciałko pod parapetem, aczkolwiek życie postanowiło raz jeszcze zaskoczyć. Co się tutaj do cholery dzieje..? – pomyślał, kiedy ujrzał co faktycznie działo się po drugiej stronie ogrodzenia. Tych ptaszysk była chyba z setka. Już dawno nie widział takiej masy ptactwa. Niebo przez to wydawało się jeszcze ciemniejsze. Mimo tego, że miały dość jasny kolorek. Na jego twarz od razu wstąpiło rozczarowanie. Liczył, że może coś podwędzą, będzie co przepuścić w karczmie, a tutaj kolejny problem do rozwiązania. Tak, mógł się nie mieszać. Mieć to zupełnie gdzieś, że kogoś dziobią ptaki. Co mogą takie gołębie. Jakby to były orły, lwy, sokoły... Wtedy stanowi to jakieś zagrożenie. Inaczej się sprawa miała kiedy jawnie zaatakowały przybytek, w którym akurat się znajdował. Tutaj się piło. Tak nie można. Nawet, jeśli w drzwi tak naprawdę nic nie uderzyło.
- Aaron... Chyba mamy robotę. Możesz się śmiać, bo to, co Ci za chwilę powiem jest po prostu komiczne, ale... Masz przed domem chmarę ptactwa miejskiego. Z setkę na moje oko. Chwilowo dziobią przechodniów, aczkolwiek podejrzewam, że jak im się znudzi to tak Ci zasrają tę chałupę, że przez tydzień tego nie doczyścisz. Co więcej, są magiczne, więc równie dobrze ich gówna mogą wyżreć Ci dach. Dlatego w naszym interesie jest położyć temu kres. Poza tym to zdarzenie na skalę miasta. Pewnie ktoś nam zapłaci, jak się tym zajmiemy. Trochę klejnotów zawsze by się przydało, prawda? Sam zobacz. – powiedział, będąc odwróconym do starego znajomego, by na koniec ruchem głowy wskazać na okno. Wątpliwe, by uwierzył mu od razu, ale kiedy to zobaczy pewnie zechce coś z tym zrobić. Tymczasem niezależnie od tego, co postanowi jego kompan, on miał zamiar wrócić do stołu, by dopić resztę trunku z zadowolonym westchnięciem.
- No nic... Pora znów zmoknąć... Dobrze, że mi tego ręcznika nie dałeś, o który prosiłem. – dodał z przekąsem, wyszczerzając się trochę do byłego anioła. Nie da mu zapomnieć tego uszczerbku na honorze gospodarza. Następnie udał się w stronę drzwi. Założył buty, wytrzepał raz jeszcze płaszcz. Kolejne krople wody spadły na posadzkę. Z nieprzyjemnym dreszczem założył go na siebie. Zakładanie mokrego odzienia wierzchniego definitywnie nie zachęcało do wyjścia, by zmoknąć jeszcze bardziej. Na koniec przypasał do bioder miecz, kładąc na nim dłoń. Dało się usłyszeć bardzo cichy, charakterystyczny dźwięk. Jak nic innego.
- Wydaje mi się, że kilka ptaków może już czekać pod drzwiami, więc uważaj. Nie słyszałem żadnego uderzenia, kiedy zmierzały w tę stronę. No to... Raz... Dwa... Trzy... – miał zamiar otworzyć drzwi na swoje ostatnie słowo będąc przygotowanym na to, że za chwilę coś na niego wyskoczy. Gdyby były to ptaki po prostu każde potraktowałby prostym ciosem pięścią. Moc uderzeń powinna spokojnie rozproszyć ich energię. Był gotowy do uników. Na wszelki wypadek nie chciał dać się im podziobać. Jeśli to by zadziałało rozejrzałby się za jakaś charakterystyczną osobą w tym tłumie. Jeśli je kontroluje, pewnie spokojnie stoi w miejscu. To by wymagało skupienia. Gdyby Aaron nie wyszedł razem z nim, zamknąłby za sobą drzwi. Kultura musi być.

//Sorry Ari, nie było nas na weekend. Pewnie będziemy to już normalnie kontynuować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1816-galahad


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 15
Dołączył/a : 05/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   19.05.16 14:10


Jakby opisać to co zobaczyłem. Jako kompletnie niewysublimowaną magię nadętego, stetryczałego w swoim stylu maga. Kto bawi się w takie nudne rzeczy jak zwierzęta z energii? Do nikogo nie dotarło, że to jest passe? Spojrzałem z dezaprobatą przez okno, chociaż tak naprawdę nie wiem jak się przy nim znalazłem – chciałem iść do pokoju dziennego, jednak jakaś siła ściągnęła mnie bym stanął obok mojego gościa.
W okno uderzył jeden z tych marnych, eterycznych tworów. Nawet się nie poruszyłem, doskonale widziałem jak się roztrzaskuje o szybę, pozostawiając po sobie jedynie świetliste, powoli zanikające zawirowania energetyczne.
Po moich rękach przebiegły ledwie zauważalne prądy świetlne – trochę ze złości, trochę z zaciekawienia. – Głupstwo… – usłyszałem jej głos. Dawno się nie budziła, w ogóle dawno ze mną nie rozmawiała. Moje prawe oko zapiekło, odruchowo się za nie złapałem, choć z zewnątrz wyglądało to raczej na przetarcie. – No co? Chciałam popatrzeć. Co to za przystojniak? – zapytała, gdy spojrzałem się na Galahada.
Jak ja tego nie lubię. Bycie aniołem, bycie nefilmem, bycie śmiertelnikiem… Szkoda, że rodzice… wróć… szkoda, że matka nie przemyślała tego wcześniej. Posiadać trzy dusze, trzy osobowości i każdą innego pochodzenia – to nie jest normalne? No dobra, słyszałem o tych wszystkich Take over, ale co oni mogą wiedzieć o realnym posiadaniu trzech dusz, trzech równocennych i równowartościowych osobowości, z których każda walczy o dominację nad ciałem.
Na szczęście Evelynn jest najsłabszą z tych dusz – duszą śmiertelnika – trochę zabawne, że zrodzony w męskiej postaci posiadam jedną z dusz, która ubzdurała sobie, że tak naprawdę jest kobietą, prawda? – No, powiedz coś… – szepnęła w mojej głowie. – Poza tym, nic sobie nie ubzdurałam. To wszystko wasza wina… – Rzec by można… Posiadanie kilku osobowości z punktu widzenia normalnych osób, już klasyfikuje cię jako szalonego. Co jeśli jedna z tych dusz ma własne, kolejne, schizofreniczne urojenia? Jesteś podwójnie szalony?
- Jaką robotę? – szepnąłem pod nosem, gdy Galahad zaczął. Wyglądał na takiego przejętego, jakby mieszkał w zupełnie innym świecie niż ja. Magia jest wszędzie, jeszcze się tego nie nauczył? – Ty, a to nie jest ten cały poszukiwacz skarbów? – zapytała zaskoczona Eve. – Jak mu było? Alan? Galan? – Jej obecność była naprawdę irytująca… Tym bardziej, że nie pojawiała się od… od… - Od wtedy – szepnęła, wtrącając się w moje przemyślenia. – Bo nie chcesz ze mną rozmawiać. – Odetchnąłem cicho. Zaraz sobie pójdzie, zignoruję ją i zaraz sobie pójdzie.
- Dobrze, że mi tego ręcznika nie dałeś… o który prosiłem – usłyszałem głos Galahada. Spojrzałem na niego kryjąc fakt, że go nie słuchałem. Odpłynąłem na chwilę, stanowczo zbyt długą chwilę. Teraz mój gość się ubierał i szykował do wyjścia. – On naprawdę chce wychodzić w taką pogodę? Weź go na górę i przekonaj, że wcale nie jesteś gorszy od kobiet – westchnąłem cicho. Czasami zastanawiałem się czy Eve, poza schizofrenią, nie cierpi aby na nimfomanię. Pewnych obrazów nie da się wymazać z pamięci, tym bardziej gdy możesz tylko na nie patrzeć… Takie tam historie z życia wzięte, jak to jeszcze nie byłem w stanie zdusić w sobie obu duszyczek…
- Jesteś pewien, że chce ci się z tym użerać? – zapytałem. Nie musiałem w sumie czekać długo na odpowiedź. Już zbierał się do wyjścia z domu w stylu komando – jakie to upierdliwe. Westchnąłem… znowu. Nie miałem na sobie żadnego sensownego ubrania.
- Dobra, to weź poczekaj na mnie przed domem. Jakby co wejdź z powrotem, moja bariera powinna rozproszyć eternano jak tylko przelecą przez drzwi… Boże jakie to upierdliwe… – powtórzyłem tym razem na głos i udałem się na górę, żeby założyć coś przeciwdeszczowego. Płaszczy miałem mało, ale zawsze jakiś się znalazł. Narzuciłem na siebie pierwszy lepszy, w chłodnym, szarym kolorze i złapałem za parasol. Przystanąłem przy lustrze. Włosy nieco mi podeschły, przynajmniej na tyle, żebym mógł je związać z tyłu.
- Upierdolę mu łapska… – szepnąłem do siebie, schodząc na dół, na myśl o magu który wprowadzał to zamieszanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1817-aaron-irvine


avatar
Mistrz Gry


Liczba postów : 1643
Dołączył/a : 10/11/2014

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   22.05.16 22:34

Mężczyźni, a przynajmniej jeden, zdecydowali się na wyruszenie przed dom. Jak słusznie zauważył Evrain, nie doszło do uderzenia w drzwi więc ptaki mogą się wciąż czaić pod nimi. Na całe jego szczęście okazało się, że ich nie ma. Zostały jedynie drobinki energii unoszące się w powietrzu, niereagujące zupełnie na to, że deszcz je powinien solidnie sponiewierać. Dla deszczu ich nie było, z resztą za moment dla ich oczu również one zniknęły. Teraz jednak mieli pewien wgląd w sytuację w centrum. Otóż: ptaki latały w te i wewte siejąc tę charakterystyczną dla takich akcji panikę. Ludzie uciekali w lewo, w prawo, chowali się pod pozornie bezpiecznymi straganami, które to zaraz zostawały zniszczone przez uderzenie energetycznych ptaszków. Jedynie wbieganie do domów ich ratowało przed dziobaniem i zostaniem sponiewieranym przez stworzonka. Kiedy te traciły możliwość dogonienia swego celu, oczywiście jeśli wcześniej nie rozpłaszczyły się o ścianę czy inne okno, zlatywały się do jednego miejsca w uliczce po skosie. To znaczy do tej po lewej, która wchodzi w to istne skrzyżowanie uliczek. W tej najłatwiej było zakupić jakieś ubrania gdyż bardzo blisko znajdowało się mnóstwo pracowni tkackich i tym podobnych.
Poza tym, po uliczkach wciąż jeszcze latało kilka, na pierwszy rzut oka dziewięć ptaszków, które mogłyby stworzyć zagrożenie dla naszych poszukiwaczy przygód.


Nie ma problemu, sama trochę aż za bardzo ociągam się z odpisami za co serdecznie przepraszam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 15
Dołączył/a : 05/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   25.05.16 19:49


Spoglądałem właśnie przez drzwi jak chmara ptaszków stworzonych z czystej energii demoluje pobliski stragan, na którym kupiłem ostatnio dywan do salonu. Taki biały, nieco puchowy – w stu procentach naturalny – jestem zatwardziałym przeciwnikiem nieekologicznego stylu życia. Szkoda, że tak mało osób w ogóle rozumie sens słowa ekologia.
Pomijając nieistotne aspekty związane z wewnętrznymi ideologiami, wróciłem do spoglądania przez drzwi. Nadal padało, chociaż najprawdopodobniej to załamanie pogodowe – o ile można tak powiedzieć o deszczu, który w ciągu ostatniego miesiąca nie padał tylko dwa razy… w tym dzisiaj – miało się ku końcowi. W końcu kolorystyka na zewnątrz zaczynała nabierać na powrót barw, jakby zza chmur już wkrótce miało na powrót wyłonić się kojące słońce.
- Możesz mi powiedzieć po cholerę się w to pakujemy? Co? – Ona bywała naprawdę irytująca. Ignorując jej uszczypliwe komentarze wyszedłem przed dom i zamknąłem spokojnie drzwi na klucz – przezorny zawsze ubezpieczony – ignorując ewentualne energetyczne ptaki. W końcu Galahad stał tuż obok i „w razie czego” zajmie się nimi. Schowałem klucz do wewnętrznej kieszeni i odwróciłem się z cichym westchnięciem. Ulica wyglądała jak pobojowisko, czy ten ktoś w ogóle przemyślał jakich narobi szkód? Popatrzcie tylko na to i wyliczcie straty! Te jedwabie były warte małą fortunę. A co z tymi przepięknymi atłasami nad których kupnem się zastanawiałem? Wszystko zniszczone.
Zacisnąłem odruchowo dłonie, a po rękach przepłynęły mi ledwie dostrzegalne pasma energii przypominające na pierwszy rzut oka nieco bardziej niż zwykle skrzący się piasek.
- Co tu się na Matczyną litość wyprawia? – No tak… jego tylko zabrakło. Zapomniałem o moich tabletkach? – Gdzieś ty był? – No.. teraz się zacznie, pogawędki się jej zachciało.
- Ok Pączusiu. Co z tą „robotą” o której mówiłeś? – syknąłem do Galahada poirytowany, nie do końca byłem pewien czy bardziej sytuacją, czy też moimi nieszczęsnymi duszyczkami, które to miały ochotę się obudzić w tym samym momencie. – Alifromie, bracie… – Jah’mie jak zwykle miał wiele do powiedzenia… boohoo… much angel… such wow… na szczęście potrafiłem go gdzieś w sobie wyciszyć. Gorszą jednak sprawą było kontrolowanie ciała, był dużo silniejszy od Evelynn. Nie jestem w stanie tego do końca zrozumieć, nigdy nie byłem dobry w neurobiologii… jakby Eve współdzieliła ze mną część odpowiedzialną za jaźń, zaś Jah’mie wszystkie inne – chociaż tutaj by się zgadzała płeć. – Ale co? Ja? Chyba kpisz… dobra skończ mi truć dupę… ja pierdolę… TE! On ci każe przekazać, że cytuję „to bardzo nieuprzejme, że mnie tak ignorujesz i domagam się, żebyś zaczął zwracać większą uwagę na to co ma do powiedzenia”. Ja jakoś nie mam z tym problemu… – Na szczęście Eve i Jah’mie nie za bardzo się lubią.
Potrząsnąłem głową z dezaprobatą. Starając się ich zignorować spojrzałem w kierunku uliczki do której zlatywały się te cholerne ptaszyska – jakby nie ta cała sytuacja, to pewnie ta dwójka by nadal spała. Już dawno zauważyłem tą zależność… pojawiają się wtedy, gdy moja moc zostaje uwolniona, a że nie panuję nad nią za bardzo w emocjonujących momentach to widać jakie tego skutki. Jeden raz mi się „wypsnęło” i teraz będą gadać jak najęci.
- To co? Poszukiwacze przygód przodem? – zaśmiałem się ironicznie i wskazałem Galahadowi drogę w kierunku charakterystycznej uliczki. W dłoniach czułem pulsujące Genesis… w każdej chwili mogła wylać się ze mnie kotłująca energia… tym bardziej, że Jah’mie nie śpi – biedne ptaszki jak się zezłości...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1817-aaron-irvine


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 28
Dołączył/a : 04/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   26.05.16 13:03

Kiedy tak czekał na swojego towarzysza przed drzwiami pewne rzeczy zaczęły do niego wracać. Wtedy na wyprawach też tak było. On już gotowy do kolejnej przygody, a Aaron zawsze musiał się jeszcze spakować, mentalnie przygotować. Nikt, nigdy nie wiedział, co mu tyle zawsze zajmowało. Pudrował nosek, czy co? Czasami trwało to dłużej niż u kobiet na ich wycieczce. W między czasie obserwował, co dalej działo się na ulicy. Trochę już to ucichło. Zostało zaledwie kilka tych dziwnych stworzonek. Reszta już znalazła swoje ofiary, a inne... Po prostu udały się w jedną z pomniejszych uliczek. W końcu doczekał się swojego towarzysza. Jakby nigdy nic zamknął za sobą drzwi, nic sobie nie robiąc z potencjalnego zagrożenia. To w sumie zrozumiałe, on stał tutaj już jakiś czas, więc by się tym zajął.
- Nic się nie zmienia, co? Nawet jak jest akcja to zbytnio Ci się nie spieszy... – rzucił z lekkim przekąsem, ale bez żalu. Jedynie jako wrzutka a pro po dawnych czasów. Dorzucił nawet przelotny uśmiech. – Jak to co? Spójrz przed siebie. I nie mów do mnie, kurwa, pączusiu... – rozłożył dłonie na obraz zniszczonych straganów, bezludnej ulicy oraz ogólnej rozpaczy. – Nie wyobrażam sobie żeby ktoś nie chciał zapłacić nam za pozbycie się tego problemu, nie sądzisz? Nawet jeśli nie władze to Ci biedni kupcy, którzy stracili tyle towaru. Te wszystkie płótna zrujnowane. Pobite naczynia. Będzie z tego zysk. Przepijemy później w jakiejś karczmie. – uśmiechnął się zadowolony. Już będąc jedną nogą w jakimś przybytku. Tak już żył. Z dnia na dzień, chociaż jakieś oszczędności musiał gdzieś mieć...
Ciekawe tylko, kto jest sprawcą tego wszystkiego. Po co komu ten kaktus. Przecież dla niego żadnego zysku z tego nie było. Przypominało to sytuację, jak w jednej z książek, czy tych książeczek rysunkowych... Komiksów? Super złoczyńca terroryzuje okolicę, a dwójka bohaterów musi teraz wszystkich uratować. Zdecydowanie! Za małą opłatą, aczkolwiek czy wszyscy te postacie też nie dostawały nagród? Pewnie, że tak! – Może nawet odda mi się jakaś dziewka... Fufu... – zaśmiał się pod nosem, spoglądając na anioła dopiero, kiedy się do niego zwrócił.
- Jasne, że tak. Uzdrowiciele zawsze trzymają się z tyłu. Za mną! – ruszył przed siebie, wprost na pozostałe ptaki. Nie chciał sobie z nich nic robić, aczkolwiek gdyby miały ruszyć do ataku, będzie chciał uniknąć dziobania, jednocześnie posyłając w stronę każdego idealnie wymierzone ciosy pięści oraz nóg. Nie miał zamiaru jeszcze sięgać po swoje ostrze. To zarezerwowane jest dla zagrożeń życia. Zazwyczaj starał się obyć bez Maheloasa. Dawał wszystkim równe szanse. Był po prostu zbyt dobry. Przynajmniej tak sądził. Na wszelki wypadek zachowywał czujność, Ten ktoś musiał być blisko by kontrolować tę chmarę. Skierował swe kroki do tamtej charakterystycznej uliczki, powinni dowiedzieć się tam czegoś więcej.
- Nie oszczędzaj się ze swoją magią. Im bardziej widowiskowo, tym lepiej. Pamiętasz jeszcze, jak to się robiło, nie? – dodał, odwracając głowę z lekko bezczelnym uśmieszkiem. Definitywnie go podpuszczał, testował. Może chciał zobaczyć, czy nadal ma w sobie to coś, co widział lata temu? Powinien. Jeśli tak, może wyruszą jeszcze na jakąś wyprawę, gdy przyjdzie na to pora? Czas pokaże, czas pokaże. Po kolei.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1816-galahad


avatar
Mistrz Gry


Liczba postów : 1643
Dołączył/a : 10/11/2014

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   28.05.16 1:31

Na całe szczęście: poszli. Zastali puste już boczne uliczki, tak samo zastali pustą uliczkę prostopadle ułożoną. Mogli ujrzeć pojedyncze ptaszki, które już zdążyły zniknąć z horyzontu lub rozbić się w powietrzu na drobinki energii takie same, jak te przed domem. Albo kończył im się czas, albo inne cholerstwo je wzięło. Nie wiadomo.
Uliczka, do której weszli zaś była wypełniona całą chmarą dziobiących i fruwających wszędzie wokół ptaszków. Dało się ich naliczyć około trzydziestu, jednak przez ich skupisko można było się ostro pomylić w szacowaniu tej grupki. Na pierwszy rzut oka można było pomyśleć, że ze dwie setki się znajdą. Ale... jedno pytanie: przecież nie mają powodu aby się skupić w jednym miejscu, prawda? No właśnie mają. Powodem była jakaś młoda dziewczyna. A przynajmniej młoda wydawała się po maleńkości ciała przykrytego niemal całkiem przez dziwne twory przez energii, a także po tym, jak dziewczyna po prostu piszczała ze strachu. Mogli usłyszeć: "Pomocy! Niech ktoś mi pomoże, aua! Aua! To boli!" Bardzo wyraźnie to słyszeli. A ptaki dziobały, dziobały, dziobały. Bez ustanku. Co im ta dziewczyna zrobiła że w deszczu została tak solidnie zaatakowana przez jakąś-tam energię? Na całe szczęście twory jeszcze nie zwróciły uwagi na naszych bohaterów.

Z drugiej strony, z naprzeciwka nadchodził zaś młodzieniec w czapce. Dla zapoznania z sytuacją pragnę napisać, iż Esco (gdyż to Esco nadchodzi) może zauważyć chmarę ptaszków złożonych z niebieskiej energii. Deszcz leje jak z cebra co mogłoby przeszkadzać przynajmniej pod kątem solidnego zamoczenia ubrań. Mus to mus. Ale dlaczego zjawił się tutaj ten młody człowiek?


Za porozumieniem oczywiście Esco dołącza do fabuły. Przepraszam, że część dla Ciebie była trochę krótka, ale nie miałam za bardzo pomysłu jak to opisać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 28
Dołączył/a : 04/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   29.05.16 13:19

Nie dziwota, że wszystkie ptaszki już się rozpierzchły, skoro jego towarzysz postanowił się jeszcze kilka minut ogarniać w łazience. Po cichu podejrzewał, że może rzeczywiście pudrował noska. Uśmiałbym się, gdyby zaraz od tego deszczu zszedł mu cały makijaż. Nie... Nie chcę wierzyć, że do tego stopnia dzwony biją w nie tym kościele... – pomyślał, odwracając głowę w stronę Aarona i patrząc na niego przez moment dość podejrzliwie. – Na pewno... – spojrzał raz jeszcze, ale o wiele krócej. Po chwili wzruszył ramionami, jakby po prostu porzucił ten pomysł. Nawet jeśli, to nic mu do tego. Tak długo, jak znów do niego nie uderzał. Właśnie, oby nie. On bezkompromisowo był hetero.
Tak oto, bez większych problemów udało im się dotrzeć do uliczki, w której gromadziły się ptaki. Chociaż Galahad był na to gotowy, do tej pory nie musiał używać żadnych ze swoich zdolności. Na szczęście. Właściwie nie czuł się zagrożony przez to zjawisko. Jasne, ptaki. Złożone z energii, ale co mogły mu zrobić? Nawet jeśli zachowały swoją masę, to by zwalić go z nóg musiałaby w niego uderzyć prawie z setka. Wtedy miałyby szansę, a te dzioby..? O ile nie są diamentowe, to ledwo by gołą skórę przebiły. Co dopiero jego ciężki, mokry płaszcz oraz koszulę pod spodem.Z tych powodów szedł sobie dość luźno, nie robiąc sobie zbyt wiele z potencjalnego zagrożenia. W uliczce tych ptaków została jeszcze chmara. Duża, ale mniejsza niż widzieli na niebie poprzednio. Większość musiała już się rozbić o ściany, czy okna. Możliwe, że to wszystko, co z nich zostało. Z pod nich słychać było jakieś piski, krzyki. Definitywnie kobiece, dziewczęce. Oby to tylko nie było dziecko. Nie cierpię ratować dzieci... Później szwendają się ze mną, nazywają mnie jakimś bohaterem... To upierdliwe. Cóż, może przynajmniej ktoś nam za tę całą akcję zapłaci, bo nienawidzę robić rzeczy bezinteresownie. – przemyślał interwencję, która zaraz miała mieć miejsce. Galahad nigdy nie był wielce humanitarny. Niektórzy mówią, że ma dobre serce, tylko to ukrywa. Może to i prawda, aczkolwiek mało kto będzie się w stanie o tym przekonać. Wyglądało na to, że ptaki ich jeszcze nie zauważyły, co dawało możliwość ataku z zaskoczenia. Była to zbyt duża przewaga, by jej nie wykorzystać. Po co zwracać na siebie uwagę i uciekać, jak można po prostu pozbyć się problemu w jednym ruchu. Oby to był koniec całego przedstawienia, które ktoś im zafundował.
- Pssst... – syknął do towarzysza, który powinien stać krok za nim albo zaraz przy nim. – Chyba pora zostać bohaterami. Nie oszczędzaj się ze swoimi światełkami. Niech wyglądam po prostu bosko, na wypadek, gdyby była to jakaś dziewka. – puścił mu oczko z chciwym uśmiechem – A tak na poważnie to widziałem, jak Cię rączki świerzbią, więc daj temu upust. Ja wpadam pierwszy. Zabiorę ze sobą tyle, ile dam radę. Ty zajmij się niedobitkami i tymi, które uniosą się w powietrze. Skończmy to za jednym razem, żeby się z tym nie pierdzielić przez całą dzielnicę. Gotowy? Super. – nie czekając zbyt długo na odpowiedź Galahad ruszył przed siebie z trochę ponad przeciętną prędkością, jak na człowieka. Porównywalnie z profesjonalnymi biegaczami na krótkie dystanse. Miał zamiar wyskoczyć z rozpędem na wysokość chmary ptaszysk i korzystając z pędu oraz momentu obrotowego wykonać pełny obrót z nogami uniesionymi do góry prawie, że w szpagacie, aczkolwiek aż tak dobry nie był. Ręce też wyciągnął na boki by tym prostym atakiem uderzyć jak najwięcej ptaków w środku, ile tylko mógł. Miał zamiar wylądować z lekkim obrotem jakiś metr lub dwa za leżącą kobietą tak, by załapał się jeszcze na show Aarona, patrząc w jego stronę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1816-galahad


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 13
Dołączył/a : 08/05/2016

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   30.05.16 22:15

Kto by pomyślał, że pogoda może się aż tak pogorszyć. Prawda, od samego rana w porcie nie było słychać niczego innego, jak tyko jęczenia rybaków, jaki to sztorm hulał na wodzie i jak ciężko było złowić cokolwiek, jednak Esco nie spodziewał się aż tego.
-Kurwa mać. -burknął pod nosem wychylając blady łeb z nad maleńkiego dachu przy którymś z kolei sklepie z morskimi pamiątkami. Nie znosił takiej pogody... nie różniła się niemal niczym od fali zalewającej molo, na którym zwykł łowić. Nic tak nie przyprawiało bladoskórego młodzieńca o dziką furię, jak nagłe zalanie czystych, świeżo wyjętych z pralki ubrań morską falą. Nie zwykł przykładać wielkiej wagi do stylu ubierania się, nie znosił garniturów, ale dres wieczorowy lubił mieć cysty.
Deszcz nie śmiał zelżeć ani odrobinę, a czas go gonił, więc Esco musiał w końcu wystawić łeb spod ochraniającego jego czyste ubranie dachu. Gdy pierwsze krople deszczu dotknęły bluzy Spine'a ten znowu zaczął rzucać cichymi kurwami na prawo i lewo, starając się znaleźć wzrokiem jakiegoś dachu, pod którym mógłby schować blady łeb.
Wypatrzył uliczkę, która była skrótem, więc bez wahania ruszył mając gdzieś daleko za sobą myśli dotyczące deszczu. Mógł tylko po cichu liczyć, że nie będzie jedynym ociekającym popołudniowym deszczem w towarzystwie. Wielu w gildii również nosiło się w deszczowe dni bez parasola, więc prawdopodobieństwo powinno być dość wysokie.
Mimo, że alejka nie była dość długa, Esco dostrzegł unoszące się magiczne niebieskie ptaszki i latającego między nimi gościa.
-Albo napierdala, albo jego napierdalają... -chłopak przełknął ślinę, gdy, niczym Asy, z rękawa wyłoniły się dwa noże. Co szkodziło sprawdzić. Będzie miał szansę się wykazać i pomóc temu, któremu będzie bardziej pasowało pomóc. Co więcej, będzie miał kolejną historię do opowiedzenia w gildii, gdy ten jebany deszcz przestanie lać, a on będzie mógł osuszyć mokre ubrania przy wielkim ognisku w budynku Lamii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1823-escobar-spine


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 15
Dołączył/a : 05/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   31.05.16 10:37


Nie lubię patrzeć na niepotrzebną przemoc. Bo przecież wszystko to zostało powołane do życia nie po to by czerpać przyjemność z zadawania bólu prawda? Gdyby tylko Matka to widziała. Spoglądanie z oczu mojego ukochanego brata na cierpienia tej młodej damy niemalże bolały mnie fizycznie. Dlaczego on mnie ignoruje? Czułem to. Wzrastający gniew, którego już wkrótce nie będę umiał stłumić. Nie, nie stłumić… Okiełznać i przejąć jego płomienie. Jak mówiłem wcześniej, z nim było trudniej… Eve nie posiadała w sobie żadnej magicznej cząstki, czy też żadnej niebiańskiej mocy – a przynajmniej do tej ani jednej, ani drugiej nie ujawniła.
Po moich dłoniach przeskakiwały coraz to gęstsze rozbłyski, jakby zza chmur próbowało się wydostać światło – tak na mojej skórze pojawiały się coraz to jaśniejsze i mniej kontrolowane promienie. Takie zachowanie jest niedopuszczalne… Zasługuje na karę. Jeszcze się policzę z Aaronem… USŁYSZ MNIE!Stało się… przebił się…
- Nie sądzę, że powinieneś się wtrącać… – powiedziałem do niego, gdy tylko usłyszałem jego wibrujący głos.
- Bracie! Stanowczo potępiam twoje zachowanie!
- Już o tym rozmawialiśmy… – Naprawdę nie miałem ochoty go słuchać, znów jedno i to samo.
- Aaronie! Przywołuję cię do porządku. Ta bezbronna niewiasta cierpi! Zrób coś z tym…
- Pssst… – Na całe szczęście z naszego wewnętrznego dialogu wyrwał mnie Galahad. – Chyba pora zostać bohaterami. Nie oszczędzaj się ze swoimi światełkami. Niech wyglądam po prostu bosko, na wypadek, gdyby była to jakaś dziewka – powiedział cicho puszczając do mnie oko. Czy ja wyglądam na specjalistę od CGI? – A tak na poważnie to widziałem, jak Cię rączki świerzbią, więc daj temu upust. Ja wpadam pierwszy. Zabiorę ze sobą tyle, ile dam radę. Ty zajmij się niedobitkami i tymi, które uniosą się w powietrze. Skończmy to za jednym razem, żeby się z tym nie pierdzielić przez całą dzielnicę. Gotowy? Super. – To mówiąc ruszył przed siebie. Ruszył? Wystartował jak rakieta. Coś mi tutaj nie grało. Okej Galahad zawsze był w nieco lepszej formie niż pierwszy lepszy przeciętniak, ale to nie tłumaczyło wcale prędkości jaką osiągnął w tak krótkim czasie. Niemalże dorównywał mi za czasów latania…
Zrobiło mi się nagle dziwnie słabo…
- Tego już za wiele… – Usłyszałem Jego głos i poczułem coś jakby szarpnięcie… Nagle zacząłem spadać, albo więcej… zapadać się w sobie.
Uklęknąłem zmożony wysiłkiem i zamknąłem oczy. Nie byłem się w stanie mu już dłużej opierać… nie w takiej sytuacji. Był za bardzo zdeterminowany, żeby cokolwiek zrobić. Tutaj był podobny do Galahada… tyle, że tamten chociaż był zmotywowany tylko w obecności panienek, a ten? Byle musze działa się krzywda i dostawał białej gorączki.
- Wybacz bracie, ale nie mogę patrzeć na twoją biernośćprzeprosiłem. Podniosłem wzrok w kierunku atakowanej dziewczyny. Jeśli dobrze policzyłem, to atakowała ją z setka tych plugawych stworzeń. Wstałem i poczułem zawroty głowy… to ciało niej jest już takie jak kiedyś. Uniosłem dłonie, jak gdybym miał właśnie zacząć dyrygować jednemu z chórów anielskich – moje oczy rozbłysły miękką, złocistą łuną.
- Vernali Lumietum – Suppliciumwyszeptałem głębokim, niskim głosem. Mimo to wszyscy w promieniu dziesięciu metrów mogli usłyszeć moje słowa, jak gdyby ktoś uderzył w donośny dzwon.
W powietrzu przede mną zmaterializowało się w kształcie wachlarza około dwieście krótkich, maksymalnie dziesięciocentymetrowych igieł stworzonych z litego światła, któremu nadałem cechy właściwe stali.

- Vade!krzyknąłem, a po uliczce potoczyło się dudniące echo wzmagane przez wibrujący dźwięk unoszących się w powietrzu igieł. Nagle zapadła cisza, którą po ułamku sekundy przerwał głośny huk mknących w kierunku ptaków igieł.

MM: 3000 - 1 = 2999


Ostatnio zmieniony przez Aaron Irvine dnia 04.06.16 22:05, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1817-aaron-irvine


avatar
Mistrz Gry


Liczba postów : 1643
Dołączył/a : 10/11/2014

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   03.06.16 13:59

//Proszę o zapisywanie kosztów. Plus tutaj prośba do Esco: jak już piszesz, że chcesz pomagać to chociaż napisz dalsze czynności żebym nie musiała się domyślać//

Wszyscy dwaj... nie, nie dwaj. Trzej panowie. Wszyscy trzej panowie nacierali na chmarę ptaszków na swój własny sposób. Jeden z nich zdecydował się wyskoczyć i uderzyć grupę ptaszków z użyciem swoich kopnięć. Obrót wykonany w powietrzu spłoszył część ptaków, przez co te się skupiły na nim i niestety skończyły jako drobinki energii. Kolejna edycja Spinzaku w wersji Spinrain zaliczona: sprzątnął około dziesięciu ptaków, a resztę sprzątnął. Dalej wydawało się ich być ogromna ilość.
Drugim sposobem było pójście na ptaszki z nożem. Spłoszona chmara też poleciała w stronę chłopaka z czapką, ten miał trochę problemów z energetycznymi, żywymi kształtami, które chmarą na niego poleciały i ograniczyły jednocześnie zarówno pole manewru, jak i pole widzenia. Ciął kilka, chyba osiem swoim nożem, reszta zdążyła zwiać do wyższych partii nieba.
Ostatnim sposobem był ten zaprezentowany przez Aarona, wyraźnie preferującego magię. Stworzył igły, którym dobił pozostałe ptaszki, przez co wszystko rozpadało się w niebieskie drobinki energii. Jako, że dwadzieścia dwie igły z około setki trafiło, szybkie obliczenia mówią: ptaszków było około czterdziestu, plus minus pięć osobników.
Łatwo więc dojść do wniosku, że oczyścili ulicę z ptaszków. Między całą trójką siedziała jakaś dziewczyna ubrana w biały strój o delikatnie różowych krawędziach, a sam fakt noszenia zbroi na czymś imitującym spódnicę i na rękach sugerowało pochodzenie z jakiejś rodziny magów. Bojowych. Jej jasne brązowe, wchodzące w blond włosy były zaczesane w formę kitka... chociaż ciężko stwierdzić, jaki miał mieć kształt bo był prosty, wszystko było zmokłe, zabrudzone, rozszarpane przez ptaszki.
- Co się stało...? - zapytała nieco skołowana brakiem krwiożerczych, energetycznych stworzonek. Nie zorientowała się bo przez czas jak je eliminowali, ona kryła się ze strachem w pozycji obronnej. Kiedy wszystko ucichło dopiero - jak widać - wzięła się za rozejrzenie po całej okolicy. Spojrzała najpierw na białowłosego Evraina, potem na stojącego tuż obok niego Esco z nożami. Chyba się spłoszyła tychże bo momentalnie się wycofała i całkiem przypadkowo wpadła na Aarona.
- Ja.. Ja przepraszam! Nie chciałam! Naprawdę, przepraszam! Nie chciałam nic złego zrobić, błagam, nie róbcie mi krzywdy! - wołała spłoszona i zaraz pociągnęła nosem. Zaraz po tym nastąpiła jedna rzecz: kichnięcie. Głośne. Nos już miała zaczerwieniony.

Wygląd dziewczyny
Regeneracja MM włączona... znaczy się macie pełne MM tak czy inaczej bo po walce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 28
Dołączył/a : 04/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   04.06.16 21:59

Galahad nie zatrzymał się nawet na chwilę przed swoim atakiem. Zawsze taki był, porywczy, żywiołowy. Jeśli już coś sobie ubzdurał, to ciężko go było zatrzymać, czy wyperswadować, że jest to zły pomysł. Musiał się sam przekonać. Dlatego nie zauważył nawet, jak jego towarzysz upada na jedno kolano, czy kiedy nastąpiła diametralna zmiana w jego charakterze. Miał swoją część misji do wykonania. Nie wszystko poszło tak, jak to sobie zaplanował, aczkolwiek wyszło znośnie. Jego wirujące ciosy zarówno nóg, jak i pięści zabrały prawie jedną trzecią całego stada. Przynajmniej tak sądził. Zabawne, bo kiedy wylądował mógł przysiąc, że w całej chmarze pojawił się otwór o jego idealnych wymiarach. Zupełnie, jak w kreskówkach. W sumie cała ta sytuacja wydawała się trochę nie z tej ziemi. Cały ten problem wydawał mu się wielce trywialny, bo jak groźne mogą być te gołębie w mieście, gdzie powinna być niezliczona rzesza czarodziei oraz czarodziejek? Dziwne, że tylko oni zareagowali. Przynajmniej tak myślał, dopóki chmara nie rzuciła się na chłopaka za nim. Ciął je nożami, kiedy białowłosy się temu wszystkiemu przyglądał. Można by rzec, że było to zboczenie zawodowe. Był ciekaw z jakich mocy skorzysta jegomość żeby poradzić sobie z tym problemem. Nawet przy ograniczonym polu widzenia musiał mu się ten nóż wymknąć raz czy dwa.
Ich dwójka nie starczyła by całkowicie usunąć z tej uliczki zagrożenie. Wszystkie oczy zwróciły się ku Aaronowi. Chyba... Tak przynajmniej zrobił Galahad. No pokaż, czy nie straciłeś dawnej ikry. – pomyślał, przyglądając się temu, co wyczyniał. Pamiętał, że już wtedy miał dryg do dramatycznych wejść. Tym razem było podobnie. Widział iskierki mocy, które się przy nim gromadziły. Nie używał jej wiele, ale jego emocje najwyraźniej trochę to wszystko uwydatniły. Niby mamrotał coś pod nosem, ale jego głos donośnie rozchodził się po całej uliczce. Niesamowite. Trochę lubił się popisywać. Po chwili na niebie pojawiły się świetliste igiełki. Chyba setki. – Cóż... Powiedziałem, żeby dał upust swojej mocy, ale mógł trochę spotlightu zostawić mnie... Ech... Dobra, niech ma swój moment. – nic dodać, nic ująć. Gość za jego plecami będzie musiał sobie jakoś poradzić sam. On tylko zakrył dłonią głowę tak, by wszystko ewentualnie wylądowało na jego płaszczu. Był zmoknięty, solidny. Powinien sobie poradzić. Przeczekał całą scenę, przygotowując się na napór ataku, który może poczuć. Nic takiego, jednak nie nastąpiło. Trochę zdziwiony opuścił rękę, by rozejrzeć się po okolicy. Albo wszystkie zniszczył, albo się ulotniły. To nie było ważne.
- Fiu, fiu. No to poszedłeś z tym rozmachem, co? – powiedział do Aarona z uśmiechem. Nie było w tym nic złego przecież. Każdy czasami lubi się powygłupiać. Jego wykręcony kopniak też był bardziej na pokaz. Nie wszystko potrafił wziąć na poważnie. Przyjrzał się dziewczynie, a właściwie dziewczynce, którą uratowali. Miała na sobie sukienkę oraz na nią jakiś rodzaj zbroi lub raczej jej elementów. Może i była całkiem urodziwa, ale kompletnie nie w jego typie. Za młode i no.. Mało wyposażone. Trudno, dobrze by było jakby chociaż ktoś mu to w złocie wynagrodził. Za fatygę. Spojrzał na gościa za sobą widząc, że dziewczyna się od nich cofa. – Schowaj już te noże. Zagrożenie minęło, o ile w ogóle takie było. Tylko dziewczynę straszysz. – nie był to ton karcący, a trochę upominający. Powrócił wzrokiem do dziewczyny. Naprawdę nie wiedział, jak mogła się tak łatwo położyć. Strój wskazywał na to, że jednak ma coś do czynienia z walką. Zaraz wpadła na Aarona. Ciekawe, czy po daniu upustu swojej frustracji trochę ochłonął. Dziewczyna zaczęła srogo przepraszać. Jeszcze tak zabawnie pociągała tym nosem. Wyglądała jak siedem nieszczęść. - Spokojnie. Nikt Ci nic nie zrobi. Przecież to my przepędziliśmy te wróble. Ale powiedź... Wiesz skąd w ogóle się tutaj wzięły? Co ostatniego pamiętasz? – przyjaźnie się uśmiechnął. Potrafił sobie radzić z ludźmi. Tak przynajmniej sądził. - Masz, tylko potem poproszę o zwrot. - ściągnął z siebie swój wiśniowy płaszcz, po czym zarzucił go dziewczynie na ramiona. Jasne, był za duży, dość ciężki, bo zmoknięty, aczkolwiek w środku nie było ani troszkę wilgoci. Był podszyty odpowiednim materiałem. W końcu kiedyś żeglował, prawda?


Ostatnio zmieniony przez Evrain dnia 05.06.16 21:14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1816-galahad


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 13
Dołączył/a : 08/05/2016

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   05.06.16 20:47

Był przekonany, że do załatwienia namolnych ptaków jego noże będą musiały polatać w powietrzu, jednak na szczęście dla Spine'a ani gram jego energii nie był w tym momencie potrzebny. Kilka porządnych machnięć i otaczająca go chmara rozpierzchła się niczym kury, wystraszone przez ukrywającego się w cieniu lisa.
Gdy cała trójka poradziła sobie z nadciągającym zewsząd zagrożeniem w postaci energetycznych ptaków oczom Escobara ukazało się centrum całej tej sytuacji. Młode dziewczę o różowych włosach, wyraźnie przemoczone i sądząc po kichnięciu oraz czerwonym nosie, również chore.
-Ech...-wymamrotał pod nosem. Nie wyglądała na zaniedbaną bezdomną. Nie miała na sobie żadnych poobdzieranych ciuchów, buźka też wyglądała na czystą. Na rękach miała coś na kształt resztek zbroi. Bezdomna nie mogłaby pozwolić sobie na taki luksus.
Chcąc przyjrzeć się dziewczynie Esco zapomniał o nożach, które wciąż trzymał. Nie wiedząc, czy to przez noże, czy przez coś zupełnie innego dziewczyna zaczęła się wycofywać, wylewając z siebie tonę przeprosin graniczących niemal z błaganiem o życie.
-Mogą wrócić.-odparł krótko na "prośbę" nieznajomego, jednak po krótkiej chwili noże znalazły się z powrotem w rękawach. Wszak nie był do końca przekonany, czy popisy pozostałej dwójki do spółki z Escobarem ostatecznie rozwiązały kwestię atakujących stworków.
-Tutaj się niczego nie dowiemy. Trzeba ją pod dach.-zaczął, zdejmując i wyrzymując mokrą od deszczu białą czapkę.
-Niedaleko jest moja gildia. Wysuszymy się, zjemy coś. Chodźcie.-wskazał na tatuaż wyłaniający się spod ciemnych spodenek. Znak gildii był chyba najlepszym dowodem przynależności.
-Chyba, że macie tu gdzieś jakiś dom, albo co...-prawdę mówiąc, Esco wlazłby teraz nawet do pudła z tektury, gdyby było tam sucho i ciepło, więc w jego głosie dało się słyszeć lekkie ponaglanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1823-escobar-spine


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 15
Dołączył/a : 05/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   08.06.16 17:33


Spoglądałem z góry na nieśmiałą, podenerwowaną dziewczynkę. Młoda, zbyt młoda jak dla mnie. Kto pozwala na taki proceder? Kto pozwala na to, by dzieci parały się magią, a przynajmniej w celu walki? To takie nierozsądne…
Zawsze miałem złą opinię o tych całych… gildiach. Magowie – uważający się za władców świata i spoglądający na nieobdarzonych zdolnością do naginania rzeczywistości względem swojej własnej woli z góry… jak ja ich nie lubię.
Cóż jednak można zrobić? Ten świat już dawno był dysfunkcyjny. Nie rozumiem dlaczego którykolwiek z bogów miałby obdarzać ten padół możliwością jakiegokolwiek zaistnienia mocy przekraczającej tą najważniejszą. Mocy i magii, która powinna pokonywać każdą przeciwność! Miłość! Gdzie jest do wszystkich diabłów miłość na tym świecie?

- Nic ci nie jest moje drogie dziecko?zapytałem ojcowskim, spokojnym i aksamitnie niskim głosem. Uśmiechnąłem się do niej serdecznie, gdy Evrain podawał jej swój płaszcz i przykucnąłem przed nią.Wszystko w porządku? Ich już nie ma, nie musisz się obawiać.To co mogli zauważyć inni, a z pewnością mój dawny znajomy, który nie miał do końca świadomości tego co się właściwie mogło z nami dziać, to lekka łuna unosząca się za mną. Obrys utraconej chwały i glorii… Aaronie niech cię piekło pochłonie…
Wstałem i pogłaskałem dziewczynkę delikatnie po głowie.

- Chodź. Wyglądasz na przemoczona i zmarzniętą. Musimy też zobaczyć czy nie masz żadnych ukrytych zranieńpowiedziałem stanowczo ciepłym głosem.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na trzecią osobę. Młodzieniec, zdecydowanie słabszej kondycji fizycznej – a może to tylko podkładka, może tylko udaje takiego, żeby nie wzbudzać podejrzeń? Kolejna ofiara dzisiejszego, magicznego świata. Taki młody… i ten znak gildii…

- Witaj, zwą mnie…
- No… jak cię zwą kretynie?
- Aaronie to bardzo nieuprzejme z twojej stronyrzuciłem cicho w myślach w odpowiedzi.
- Skończ tą...Stłumiłem głos brata. On jak zwykle nic nie rozumiał…
- …Aarondodałem po chwili patrząc analitycznie na chłopaka.
- …chyba, że macie tutaj jakiś dom, albo co…powiedział po chwili młodzieniec.
No, no. Już sam nie wiem co wybrać… „Wycieczkę” to tej jego tak zwanej gildii, a może wpuścić takiego do swojego domu. Nie, to może być źle zrozumiane, nie uważam go za jakiegoś trędowatego. Nie chciałbym jednak, ażeby jakaś gildia w przyszłości miała mnie nachodzić.

- Zaiste to interesujący pomysł. Gildia magów, już dawno chciałem takową odwiedzićpowiedziałem z nieukrywanym entuzjazmem. Zwróciłem się także w kierunku Evraina.Prawda przyjacielu? Z chęcią będziemy towarzyszyć naszemu…urwałem spoglądając na chłopaka.…bezimiennemu znajomemu.
Zamknąłem oczy. Wokół moich dłoni przebiegło kilka niemalże niedostrzegalnych strumieni światła.
- Vernali Lumietum – UmbraPowietrze dookoła zawibrowało od dźwięku mojego głosu. Oparłem dłoń na ramieniu, a w niej zmaterializował się zwolna, poczynając od trzonka, kształt nad wyraz przypominający parasol.
- A ty jak uważasz panienko? Powinniśmy iść z naszym nieznajomym?zapytałem tym samym ciepłym tonem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1817-aaron-irvine


avatar
Mistrz Gry


Liczba postów : 1643
Dołączył/a : 10/11/2014

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   10.06.16 14:02

Dziewczę przerażone było. Tym bardziej mogło ich utwierdzić w tym przekonaniu to, że paskudnie drży. Tylko problem był jeden: drży z przerażenia czy może z zimna? Spoglądała na chłopaka w czapce ze strachem aby zaraz opuścić głowę i ją ukryć w dłoniach. Dziecięca logika kazała jej tak zrobić, bo skoro ona ich nie widzi to znaczy, że oni jej też nie mogą ujrzeć. Przez naprawdę długi czas ignorowała całkiem ich rozmowy uważając, że nie zwracają na nią uwagi więc zajęli się sobą. Przynajmniej tak starała się myśleć. Jak się okazało: było inaczej. Byli całkiem świadomi jej obecności a jeden z nich okrył ją ciężkim płaszczem. I ten gest jakby wywołał jeszcze większe oberwanie chmury, rozpadało się na tyle mocno, że mogłoby nawet zaboleć kiedy rozpędzona kropla uderzyła w odkryte ciało. Nie dało się ukryć: zbliżała się burza. Mimo wczesnej, popołudniowej godziny było paskudnie ciemno.
- Co to... - zapytała, nawet nie zwracając prawdopodobnie większej uwagi na wcześniejsze słowa chłopaka.
Spojrzała na jego białą czuprynę i dopiero wtedy uderzyła w nią świadomość o pytaniu, które padło chwilę przed założeniem jej płaszcza. I że wszystkie rozmowy jednak się toczyły. Dopiero teraz zaczęła rozumieć, co się działo wokół.
- Ja... dziękuję... - i kichnęła, pociągnęła nosem, zasłaniając dłonią usta.
Spojrzała w górę, jednakże szybko tego pożałowała bo poczuła na swojej twarzy uderzające krople deszczu. Zdała sobie szybko sprawę, że wpadła na człowieka a nie na ścianę.
- Przepraszam!... że na pana wpadłam! - odezwała się po chwili. I znowu kichnięcie.
Próbowała wstać co skończyło się na niezbyt dużych problemach. Udało się, na całe szczęście można by rzec. Zaraz po tym usiłowała podnieść ciężki płaszcz i nim sobie okryć głowę. Jak się zaraz okazało: nie musiała. Dostała parasolkę ze światła, co momentalnie sprawiło, że na jej twarzy pojawiła się szczera radość.
- Jest pan magiem! - zawołała z zachwytu, nie trwało jednak długo jak się ogarnęła i ostatecznie skupiła na właściwej części rozmowy: na pytaniach skierowanych do niej. - Ten pan jest z Lamia Scale... ale nie wiem, czy dam radę... - kichnęła dla podkreślenia, jednak nie było to w żadnym stopniu zamierzone. - W tym stanie dojechać do Margaret... - zamyśliła się, wyraźnie nie była pewna, jaką decyzję podjąć.
Co jak co, ale Esco ma rację: tutaj się niczego nie dowiedzą i trzeba ją pod dach. Inaczej zakicha się na śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 28
Dołączył/a : 04/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   14.06.16 19:06

Wszystko zdawało się uspokoić. No... Prócz jednego. Deszczu. Ten walił w nich jakby ze zdwojoną siłą akurat, kiedy Galahad zdjął z siebie płaszcz by obdarować nim dziewczynę. Może jednak będą z niego ludzie? W sumie zawsze byli pomimo reputacji, na jaką sobie zasłużył. W każdym razie wypadało się chociaż uśmiechnąć do nowej znajomej, która mu w końcu podziękowała. Tak też uczynił, siląc się na miły uśmiech pomimo strug wody po prostu spływających po jego twarzy, szyi, ciele. W ogóle wszędzie. Nie robiło mu to większego problemu, wychował się na morzu, a takie powitanie ze strony tego cudownego bezkresu było pro forma.
- Hmm..? Nie wiem, czy jestem taki ciekaw jak wygląda ta jego gildia, aczkolwiek muszę się zgodzić, że nasz bezimienny nieznajomy ma pewien punkt. Definitywnie trzeba dziewczynę trochę osuszyć i posadzić przed kominkiem. Zanim dojdziemy do ich budynku to nam zemdleje. Dlatego zbierajmy dupy w troki. Trzeba iść do Ciebie Aaron. Mój dom też jest za daleko. Nie ma wyboru. – Nie miał zamiaru czekać na jakąś specjalną zgodę. Wszyscy cholernie tutaj mokli, pewnie pójdą za jego przywództwem. Zazwyczaj miał w sobie to coś, co sprawiało, że za nim podążali. – Decyzję co z naszym nowym znajomym pozostawiam Tobie. Chodźmy już bo wszyscy przeleżycie kolejne dwa dni w łóżkach. – odparł Aaronowi będąc na jego wysokości. Poklepał go nawet po ramieniu po czym skierował swoje kroki w stronę domu starego znajomego. Skinął jeszcze na dziewczę by podążało za nim. Nie miał kluczy, ale to nic. Był pewny tego, że anioł da się namówić bez długich godzin przekonywania.

// Sorry za brak posta, ale nie krępujcie się. Mogę raz odpisać ostatni :P Mam teraz codziennie coś do zrobienia, dlatego posteły niskiej jakości i krótkie. Ale może będą bardziej na czas niż dotychczas.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1816-galahad


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 15
Dołączył/a : 05/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   19.06.16 22:01


Do mnie? Co ty najlepszego wygadujesz? –pomyślałem wtedy z dezaprobatą. – Doprawdy Galahadzie, naprawdę nie spodziewałem się, że w ogóle wpadniesz na taki głupi pomysł. – Zmarszczyłem brwi, gdy tylko mój towarzysz o tym wspomniał. Ruszył przed siebie pełen werwy – no patrzcie, patrzcie… Przystanąłem mrużąc oczy. Oj tak nie będzie.
-
Moi drodzy, ile może nam zająć droga do gildii? – zapytałem. Nie czekając jednak na czyjąkolwiek odpowiedź położyłem rękę na ramieniu dziewczyny i uśmiechnąłem się serdecznie. – Nie jesteśmy przecież z cukru – rzuciłem ciepłym, ojcowskim głosem. Spojrzałem po reszcie moich towarzyszy i odetchnąłem cicho. – No dobrze… – westchnąłem z cichym zniechęceniem.
Jak wspomniałem wcześniej nie miałem za bardzo ochoty ściągać jakiegokolwiek maga do swojego domu. Puściłem świetlany parasol i pozostawiłem go w powietrzu jednocześnie zamykając oczy – czy naprawdę, aż tak musiałem upaść? Moje anielskie korzenie i wywodząca się z nich – niebiańska moc, nie powinny być nadużywane w tak przyziemny sposób.
-
Vernali Lumietum – Paenula Multipla. – Mój głos potoczył się echem w ich umysłach, gdy uniosłem ręce na wysokość klatki piersiowej. Otworzyłem oczy z których strzelały świetliste iskry. Feeria barw, w odcieniach od jasnożółtego po karminowy, otoczyła ciało zarówno Galahada, jak i nieznajomych – w ułamku sekundy przylgnęła do nich nie krępując im ruchów i zastygła w postaci miękkiej, lśniącej powłoki. – To powinno wystarczyć – rzuciłem mimochodem i złapałem za swój parasol.
Mogli zauważyć, że półprzepuszczalna powłoka nie tylko, nie ima się uderzającym w nią kroplom deszczu – nie ważne jak wielkie by były – ale także z wolna osusza ich przemoczone ubrania oraz ciało, wyciągając nadmiarową wodę. Taka tam sztuczka, której Aarona nauczył kiedyś jeden z śmiesznych, bezużytecznych magów.
-
A teraz w drogę. Prowadź, nieznajomy – powiedziałem radosnym, nie znoszącym jednak sprzeciwu tonem. Zlustrowałem wzrokiem dziewczynkę – zastanawiałem się, czy kiedykolwiek miała do czynienia z tym rodzajem magii, bo po jej wyglądzie – wnioskuję, że może być jednym z magów podmiany. A może mi się zdaje?

[zt]



Ostatnio zmieniony przez Aaron Irvine dnia 07.08.16 19:07, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1817-aaron-irvine


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 13
Dołączył/a : 08/05/2016

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   20.06.16 19:27

Stojąc lekko z boku Esco przysłuchiwał się słowom pozostałej trójki z lekkim grymasem na twarzy. Chciał schować się gdzieś pod dachem, przysiąść w wygodnym fotelu i wygrzać zmarzniętą od deszczu bladą gębę. Z każdą kolejna sekundą miał co raz większą ochotę zostawić Aarona, jego drugiego kumpla i dziewczynę, i samemu pofatygować się do pierwszej lepszej karczmy i wysuszyć mokre ubrania do stanu przynajmniej zadowalającego i pozwalającego na dalszą podróż.
W sumie to Spine pomruczał coś w stylu "No dalej, ruszmy się...", jednak na tyle cicho, by ponaglania nie dotarły do uszu pozostałych, gdy w jego głowie pojawił się dziwny głos, powodujący nagły zryw i rozejrzenie się dookoła. Jego oczom ukazał się popis magii Aarona. Chłopak rozwarł powieki nieco szerzej, jednak na jego twarzy nie było widać strachu, a jedynie lekkie zdumienie spowodowane dziwnym czarem mężczyzny. Gdy tylko powłoka zaczęła przylegać do mokrych ubrań, Esco zaczął oglądać się po sobie, czy aby nie dał się wmanewrować w coś, w co akurat wmanewrowywać się nie chciał. Pierwszy raz widział coś takiego na oczy. Na szczęście powłoka działała jak gąbka, ratując Spine'a przed podzieleniem losu dziewczyny. On akurat wcale nie chciał i nie zamierzał w najbliższym czasie chorować.
-Ufff....-pomyślał, dziękując Aaronowi kiwnięciem głową.
-Jestem Esco.-odparł blado skóry chłopak, pomagając wstać dziewczynie.
-Do Margaret chwila drogi. Ruszajmy.-rzekł jeszcze na koniec, nie pozwalając im czekać ani sekundy dłużej. Odwrócił się plecami do pozostałej trójki i ruszył naprzód.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1823-escobar-spine


avatar
Mistrz Gry


Liczba postów : 1643
Dołączył/a : 10/11/2014

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   21.06.16 15:07

Dziewczyna kichnęła po raz kolejny, przez co zielony już gil wyleciał jej z nosa. Otarła go w rękaw bluzy, a potem zauważyła coś dość dziwnego... albo raczej poczuła? Tak, pewne ciepło wynikające z tego, że wilgoć powolutku znikała z jej ciała. Spojrzała na mężczyznę-maga stojącego tuż obok niej aby zaraz przerzucić wzrok na Evraina. Trochę się zdziwiła decyzją mężczyzn.
- Chyba... chyba nie mam wyboru. Przynajmniej będę bezpieczna! I... i zdrowa... - stwierdziła aby zaraz nerwowo się zaśmiać. Kolejne kichnięcie, które natychmiast to przerwało. Otuliła się danym płaszczem mocniej, próbując go sobie na ramionach utrzymać. Było to oczywiście dość trudne zadanie, jednak chyba zdawała sobie dawać radę.
- Panowie są magami? Wszyscy czy tylko ten pan z biał... znaczy ze świetlistą magią? To miło, że spotkałam magów, he...he! Jestem Tianis Borrea! Miło mi! Psik! - zawołała, oczywiście znowu prychając. Chociaż już ciuchy wszystkich były niemal suche, solidnie się przeziębiła.
A w kwestii jej przywitania, chyba tylko Esco mógł coś kojarzyć, jednak ledwo. Tydzień stażu w gildii nie pozwala na zapamiętanie wszystkich nazwisk w gildii chociaż Borrea... Borrea coś mogło mu się kojarzyć, ale z kim?



Następne posty w tym temacie z/t i piszecie w wybranej lokacji.
Wybranej, to znaczy: albo gdzieś w Margaret albo prosto do gildii - jak wolicie. Pozostawiam wam wybór następnego tematu, jedynie poprosiłabym żebyście zaznaczyli mi w jednym poście, do którego tematu się przenosicie. Link albo nazwa tematu, chociaż wolałabym to pierwsze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


avatar
Lamia Scale


Liczba postów : 28
Dołączył/a : 04/05/2016
Wiek : 24

PisanieTemat: Re: Dom Aarona   07.07.16 19:47

Galahad musiał się, niestety, zatrzymać w pół kroku, kiedy to słowa Aarona po prostu go zawróciły. Najwyraźniej bardzo chciał chronić swoją prywatność. Cóż... Nie mógł być hipokrytą. On sam ma swój dom na obrzeżach miasta. Właściwie to w lesie, nawet ktoś tam na niego czeka, aczkolwiek nikt nigdy nie dowiedział się, że niegdysiejszy, wielki pirat miał miejsce na lądzie, do którego kierował swoje kroki. Była to taka jego tajna kryjówka, w której mógł się ukryć przed światem. Nie to, żeby się czegoś bał. Po prostu czasami dobrze jest się odseparować od tego wszystkiego. Po prostu posiedzieć na werandzie pijąc miód pitny, cydr albo coś mocniejszego. Spojrzał na ex-anioła dość wyrozumiale, lekko przytakując. Nie zwracał nawet uwagi jak traktuje młodą dziewczynę. Niestety nie była warta podjęcia jakiejkolwiek „gry”. Natomiast to co pokazał... Zawsze miał coś do dramatyzmu... – pomlaskał z lekkim niesmakiem na kolejne użycie jego mocy. Przyjrzał się poświacie, poruszał dłońmi, rękoma by sprawdzić jej elastyczność. Można by się czuć trochę klaustrofobicznie, aczkolwiek trzeba było przyznać, że jego magia miała za dużo zastosowań. Przecież nie bez powodu ludzie wierzą w anioły i Boga. Potencjalnie on też będzie kiedyś mógł osiągnąć podobny poziom, lecz czy dożyje przy swoim trybie życia... To już inna historia.
- Teraz to się już popisujesz, wiesz? – odparł z lekkim uśmiechem, który jednoznacznie miał znaczyć, że go to po prostu bawi. Nie będzie zazdrosny o takie pierdoły. Jego umiejętności były po prostu na innym polu niż magia. Coś by się znalazło by raz jeszcze zostawić go w cieniu. Chociaż na chwilę.
Nareszcie zdradził też swe imię, ten ich nowy towarzysz. To już zaczynało wyglądać jak standardowa przydrożna przygoda. Żeby to raz na szlaku spotkał całą drużynę z którą później zabijał jakąś bestię czy ratował dziewkę. Stare, dobre czasy. – Galahad. – odpowiedział członkowi gildii, jednak chwilowo nawet na niego nie zerkał. Bardziej zainteresowany był podziwianiem powłoki, która nie dawała przedostać się ani jednej kropli deszczu, a wręcz wyciągała wilgoć. Zabawne uczucie. Ważne, że pomaga. Od oddania płaszczu zdążył już trochę zmoknąć. Oczywiście pochodzenie z tych stron skutecznie chroniło przed jakimkolwiek przeziębieniem, czy innym choróbskiem, aczkolwiek to zaklęcie było przyjemną addycją do wyprawy.
Ich maskotka, bo tak tylko mógł traktować osóbkę, którą wybawili od tych krwiożerczych gołębi, odzyskiwała trochę energii. Tak się przynajmniej zdawało. Zaśmiał się nawet, kiedy raz za razem prychała. – Chyba nie jesteś stąd, co? Albo przynajmniej nie wypływałaś na szerokie wody. Miejmy nadzieję, że to kichanie to tylko chwilowe. Jakby urocze to nie było, lepiej być zdrowym. – puścił jej oczko, odprowadzając wzrokiem Esco, gdy ten powinien przejść na przód by wskazać im drogę. – I tak. Tamta dwójka definitywnie jest magami. Aaron ma bujną wyobraźnię, a nasz cichy lekko-znajomy lubi noże. – było to z lekkim uśmiechem w stronę nowego towarzysza. Widział, co się tam działo. Już go trochę rozpracował. – Ja... Ja natomiast jestem szybki i silny. – uśmiechnął się, puszczając jej oczko raz jeszcze oraz delikatnie klepiąc po ramieniu, by ruszała przed siebie. On miał zamiar osłaniać tyły. Znał drogę do gildii, ale dobry lider czasami oddelegowuje zadania członkom drużyny.

[z/t do głównej Sali]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://ftng.forumpolish.com/t1816-galahad
Sponsored content





PisanieTemat: Re: Dom Aarona   

Powrót do góry Go down
 
Dom Aarona
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Fairy Tail New Generation :: Królestwo Fiore :: Hargeon-
RadioAoi.plHalo PBFPBF ToplistaI love PBFPBF Toplista~**~.: ANIME TOP100 :.Najlepsze strony o Anime i Mandze w necie